Równo co pół roku doświadczamy pewnego nie do końca zrozumiałego, a powszechnie niekwestionowanego zjawiska. Niezrozumiałego oczywiście dla rozsądnie myślącego człowieka. I czasem sobie myślę (najczęściej właśnie w tym krytycznym momencie, wczesną wiosną, gdy budzę się do pracy o godzinę później, niż to sobie dzień wcześniej zaplanowałem), że to wcale nie zrodziło się naszym, charakterystycznym, polskim piekiełkiem, czyli – z permanetnej dezorganizacji polskiej administracji. Myślę, że to spisek. Nie inaczej! Ale zaraz potem przypominam sobie, że jestem przecież rozsądnie myślącym człowiekiem. Zmiana czasu z letniego na zimowy, z zimowego na letni, z letniego na zimowy… i tak do – już nie powiem do czego. Dałbym to do Polskich Mistrzów Logicznego Myślenia, tylko potrzebuję jakiejś ewidentnie „mistrzowskiej” wypowiedzi. A jak na razie… jest tylko wkurzony szef.
Co znamienne, żyjemy w takim kraju, gdzie o najdrobniejszych sprawach życia codziennego decydują za nas wielce nam panujący. A właściwie – panoszący się. Ale o co chodzi z tymi całymi zmianami czasu?
Tak, jak powiedziały mi internety, sam pomysł zaczął być realizowany w czasie pierwszej wojny światowej. Niemcy i Austro-Węgry uznały, że przesuwając zegar o godzinę, da się zaoszczędzić węgiel. W ślad za nimi poszli inni. Po wojnie z kombinowania przy zegarkach zrezygnowano, jednak w czasach kryzysu energetycznego w latach ’70, znowu do tego wrócono.
Zalety? Nieliczne.
- Na zmianie czasu zyskują – jeżeli już w ogóle – branże rozrywkowe i sportowe. Dłużej jest jasno i ludzie chętniej wybywają wieczorami z domów, by się bawić.
A wady?
- Zmiana czasu – wbrew mitowi na ten temat – wcale nie zmniejsza zużywanej przez ludzi energii. Wręcz przeciwnie.
- Statystyki medyczne wskazują na to, że przestawienie dwa razy w roku zegara o godzinę rozregulowuje zegar biologiczny ludzi, przez co m.in. przysypiają w pracy i – słowem – są mniej efektywni. I powodują wypadki w pracy. I tak nawet przez kilka tygodni po zmianie czasu. (Te same statystyki wspominają też coś o zwiększonej ilości zawałów).
- Prócz wzrostu kosztów zużywanej energii są inne koszty, które te zabawy z zegarkami powodują. Mam tu na myśli przede wszystkim wszelkie logistyczne i organizacyjne perturbacje: zmiany rozkładów autobusów, pociągów, spóźniające się samoloty…
- No i jest w tym wszystkim jeszcze wkurzony na mnie szef.
W Polsce zmianę czasu reguluje rozporządzenie prezesa Rady Ministrów z 5 stycznia 2012 r. w sprawie wprowadzenia i odwołania czasu letniego środkowoeuropejskiego w latach 2012-2016. I, gdyby wrócić do mich spiskowych rozmyślań, chyba tylko dlatego to istnieje, bo włodarze naszych włodarzy, czyli carowie Uni Europejskiej, powprowadzali podobny standard u siebie. Startują więc z czasem letnim w ostatnią niedzielę marca, a kończą w ostatnią niedzielę października. I oczywiście też mają do tego odpowiedni ukaz: (obowiązująca bezterminowo) dyrektywa UE ze stycznia 2001 r.: „Począwszy od 2002 r. okres czasu letniego kończy się w każdym państwie członkowskim o godz. 1 czasu uniwersalnego (GMT) w ostatnią niedzielę października”.
I mam tylko jedno pytanie.
Czy naprawdę nie możnaby normalnie? Wiecie, tak po ludzku, zdroworozsądkowo.



